Oto zdarzyło się
Julia Proszkowska, SP
39
Co dzień spotykamy kogoś
Kto wydaje się być kimś ważnym
Na jakiś czas staje się
Ma wspierać w zdrowiu i chorobie
W smutku i radości
Ma na długo zagościć w naszym sercu
Mijają dni
Odchodzi na drugi plan
Z winy
A często dlatego
Bo my
Czy ktoś musi znikać jak bańka mydlana w powietrze przez
wiatr porwana ?
Cos takiego zdarzyło się
Zdarza się co dzień
Rzadziej to dostrzegamy
Staje się codziennym obrazem
Kochany Pamiętniku!
Zuzanna Krzyżak SP 39
Dzisiaj jedziemy
na wycieczkę. Ot, taką
zwykłą – niezwykłą (?)
wycieczkę z moimi
rodzicami, siostrą i dziadkiem, który ma 84 lata i urodził
się na Apanowszczyźnie na Wołyniu.
Obecnie to jest teren Ukrainy. Jako czternastolatek musiał
uciekać stamtąd z rodziną i nigdy już nie
powrócił. Nie bardzo mam ochotę tam jechać, ale dziwne
podekscytowanie moich bliskich zaczęło
mnie intrygować. O co tyle szumu? Co tam zobaczę?
Do zobaczenia jutro. A raczej do…napisania.
Środa,10.08.2011r.
Drogi Pamiętniku!
DOJECHALIŚMY!
Jesteśmy w Hrubieszowie
- uroczym, niewielkim
mieście w woj.
lubelskim, niedaleko Chełmu i Zamościa. Przy głównej ulicy,
po jednej stronie kościół katolicki,
a po drugiej cerkiew prawosławna. Widzę tu dużą
różnorodność, ale i jedność wśród spotykanych
ludzi. Są mili i mówią z dziwnym akcentem. Trochę przypomina
mi się prababcia. Jutro wyruszamy
do Włodzimierza Wołyńskiego i dalej… szukać dziadkowych
wspomnień.
Wszyscy jesteśmy
zmęczeni podróżą, dlatego idziemy spać. Pierwszy raz jadłam kolację
nad Bugiem - nowe smaki, nowe wrażenia…
Dobranoc Pamiętniku.
Czwartek, 11.08.2011r.
Kochany Pamiętniczku!
Dzisiaj rano dziadek niepewnie stwierdził, że chyba -
powtarzam „chyba” - źle się czuje.
Jak można CHYBA się źle czuć? Mama z udawanym spokojem
zaczęła przekonywać dziadka, że to
tylko dwugodzinna podróż autokarem, więc jeśli będą jakieś
problemy ze zdrowiem, to zawsze
można się zatrzymać.
Wreszcie dziadka przekonał
argument, że przecież
musi sam wszystko
opowiedzieć
swoim wnuczkom. Lubię
opowieści dziadka, jego
wspomnienia i młodzieńcze
przygody, choć nie wszystkie były zdarzeniami, które
chciałabym przeżyć.
Wyobraź sobie, pamiętniku, że jednak wsiedliśmy do tego
autokaru, który dowiózł nas na
przejście graniczne polsko-ukraińskie. Byliśmy jednymi z
niewielu pasażerów w autobusie linii
Hrubieszów-Włodzimierz
Wołyński. Jechały z
nami tylko panie,
które mieszkały po
polskiej
stronie, a handlowały po stronie ukraińskiej. Tak zarabiały
na życie. 13 OTO ZDARZYŁO SIĘ.
Na przejściu granicznym nie staliśmy długo. Po wbiciu
stempla w nasze paszporty przez
umundurowaną panią ze Straży Granicznej, wyjechałam po raz
pierwszy z terenu Unii Europejskiej.
Kupić bilety na powrót nie było łatwo, ale udało się!
Wszyscy bardzo się cieszyli, jednak ja nadal
nie rozumiałam tej
całej radości z
przyjazdu na Ukrainę.
Porozmawialiśmy z taksówkarzem
o imieniu Fiodor, który dowiedziawszy się, że jesteśmy
Polakami, z zadowoleniem wyraził chęć
zawiezienia nas do
Tumina (rodzinnego miasta
dziadka). Jechaliśmy godzinę.
Moglibyśmy
dojechać szybciej, ale nie tymi drogami…
Tumin okazał się niewielką miejscowością. Tu dziadek pokazał
nam teren, gdzie kiedyś
była szkoła, do której chodził razem z innymi Polakami,
Ukraińcami, Niemcami a nawet Żydami.
Bawili się wspólnie w zbijaka i podchody. Jedni jeździli do
kościoła w Łucku, inni do cerkwi
w Tuminie. Tej szkoły już nie ma. Wybudowano nową – „
murowaną ”- jak zaznaczył dziadek.
Tutejsi
mieszkańcy szybko dowiedzieli
się o naszej
wizycie, bo przyszli
i starsi, i
młodsi
porozmawiać. Dziadek długo rozmawiał z najstarszym panem.
Udało im się przypomnieć kilka
nazwisk kolegów i sąsiadów (skąd ta doskonała dziadkowa pamięć
?), ale – niestety - oni „pamarli”
– to najczęściej słyszane przeze mnie ukraińskie słowo tego
dnia…
Doznałam
niesamowitego uczucia Jakbym
przeniosła się w
czasie i przestrzeni.
Zobaczyłam te wszystkie dzieciaki wspólnie bawiące się,
dokazujące, które nagle muszą uciekać,
zostawić swój dobytek, znane miejsca, ulubione drzewa i
brnąć niewiadomo dokąd. Na jak długo?
Dotknęłam historii ludzi, których wydarzenia historyczne
zmieniły na całe życie. Jedni zostali, inni
zginęli, jeszcze inni uciekli… To było smutne, ale i
wzruszające. Teraz zrozumiałam dziadka.
Zrozumiałam dlaczego wcześniej nie powrócił do tych miejsc.
I dlatego byłam szczęśliwa, że
mogłam być świadkiem tych wspomnień.
Dziadek Stanisław z przedwojenną mapą w ręku (dziś
Apanowszczyzny nie ma na mapie)
pokazał nam jeszcze miejsce, gdzie stał jego dom,
leśniczówka i cała osada. Niestety, obecnie są to
same łąki, na które wjechaliśmy… na furmance w zaprzęgu
konnym. Dwa konie - Łeska i Daszka,
którymi powoziła pani Horodyna, zawiozły nas pod las, a tam
odnaleźliśmy jedynie starą gruszę,
która rosła nieopodal dziadkowego domu. Gorące powietrze
uderzało w nasze twarze, promienie
słoneczne przedzierały się przez soczyście zielone liście
chcąc ogrzać i oświecić każdy centymetr
ziemi. Chciałam rzucić się na tę trawę, by móc poczuć
jeszcze mocniej tę historię, zobaczyć ludzi
kiedyś tu mieszkających …
Jedna grusza…
Pozbierałam kwiaty rosnące wokół.
Dorośli zaprzątnięci rozmową nawet nie zauważyli mojego
oddalenia, a ja wdychałam….
Historię mojego dziadka. Wreszcie zrozumiałam…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz